Menu

Paweł Bejda - wicemarszałek województwa łódzkiego w cztery oczy WAŻNE

  • Napisał 
Walczył z Unią Europejską w Brukseli, aby zmienić przepisy na korzyść Polaków.
W zeszłorocznych wyborach, zebrał najwięcej głosów mieszkańców ze wszystkich kandydatów do sejmiku. Paweł Bejda - wicemarszałek województwa łódzkiego. 

O swoim życiu i w jaki sposób doszedł do stanowiska wicemarszałka województwa łódzkiego, w czym tkwi sekret i jakie widzi szanse na rozwój regionu Łęczycy, w luźnej rozmowie w cztery oczy z redakcją ELE24.


Droga do tak ważnej funkcji w województwie nie jest chyba zbyt prosta...

Wszystko zaczęło się w 2002 roku, kiedy to w wyborach samorządowych startowałem na radnego miejskiego w Łowiczu. Zebrałem sporo głosów, dzięki którym dostałem się do rady. Otrzymałem wówczas propozycję objęcia funkcji zastępcy burmistrza, z której skorzystałem.
I... tak rozpocząłem swoją działalność w samorządzie.

Dawno temu, przez 10 lat prowadziłem biznes ze wspólnikami. Była to hurtownia spożywcza i sieć sklepów spożywczych na terenie Łowicza. Gdy zostałem wiceburmistrzem, zdecydowałem, że odchodzę ze spółki.

Zawsze pasjonowała mnie praca samorządowa, przyglądałem się temu. Zresztą interesowałem się polityką od najmłodszych lat i taka praca wydała się dla mnie ciekawsza.

Myślę, że duży wpływ na moje postrzeganie świata i tego, co chcę robić miał okres mojego dorastania. Straciłem ojca w 1976 roku, miałem wtedy 14 lat i moim drugim ojcem został mój stryj, który całe życie siedział w samorządzie i w polityce. Był działaczem samorządowym, radnym gminy Łowicz i on mnie w jakiś sposób zainteresował samorządem oraz tym, w jak fajny sposób można pomagać ludziom.

Pomagać ludziom? Działalność samorządowa to forma pomocy?

Generalnie lubię pomagać ludziom i pomagam w różnych konfiguracjach. Czym większe są możliwości do pomagania, tym więcej osób oczekuje tej pomocy. I nie mam na myśli tylko pomocy prywatnej. To jest pomoc przede wszystkim za pośrednictwem samorządu. Mając te dobre podstawy związane z moim stryjem, widziałem jak funkcjonuje samorząd gminny, potem zobaczyłem jak funkcjonuje samorząd miejski.

Po stanowisku wiceburmistrza objął Pan funkcję w powiecie

Tak, w 2006 roku wygrałem wybory do rady powiatu. Była to dla mnie ogromna satysfakcja, ponieważ dostałem spośród wszystkich kandydatów, największą ilość głosów.

Wynikało to moim zdaniem z otwartości na problemy społeczeństwa i z tego, że rozmawiam bardzo dużo z ludźmi. Słucham ich uważnie. I to jest bardzo istotne.

Te wybory (do rady powiatu - red.) były dla mnie takim papierkiem lakmusowym, pokazującym jak sprawdziłem się w swoich działaniach będąc zastępcą burmistrza.

Pamiętam, jak zawsze w środy od godziny 15 do godziny 17 miałem przyjęcia interesantów. I nigdy nie miałem limitu. Zawsze prosiłem, aby sekretarka zapisywała tyle osób, ile wyrażało potrzebę spotkania ze mną.

Zdarzało się, że przychodziło tyle osób z problemami, że wychodziłem o 21 z urzędu.

Wszystkim udawało się pomóc?

To nie jest tak, że wszystkim udaje się pomóc. Czasami przychodził na przykład ktoś, kto potrzebował mieszkanie, a nie spełniał kryteriów. Otrzymywał wtedy przynajmniej rzeczową informację i uzyskiwał wiedzę, co może uczynić, aby to mieszkanie finalnie otrzymać. Jest to jeden z wielu przykładów.

Były też prozaiczne sprawy - na przykład ktoś nie mógł umówić się z dyrektorem jednej z jednostek samorządu terytorialnego. Brałem wtedy do ręki słuchawkę, sekretarka łączyła mnie z tym dyrektorem i mówiłem "Panie dyrektorze, jest u mnie pan Kowalski, który ma problem i nie może do pana dostać się. Proszę powiedzieć, kiedy może go pan przyjąć."
I od razu ustalaliśmy termin, kiedy dany interesant mógł udać się do dyrektora danej jednostki.

W tym czasie był Pan jedynie radnym w powiecie? 

W międzyczasie byłem dyrektorem Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Skierniewicach. Nie przeszkadzało mi to w pełnionej funkcji w samorządzie.

Moje starania i działania na rzecz powiatu zostały docenione - w 2010 ponownie zostałem radnym powiatowym.

Jak w takim razie trafił Pan "wyżej" ze stanowiska radnego powiatowego?

W 2012 roku, tuż po wyborach parlamentarnych, dostałem propozycję objęcia stanowiska wicewojewody łódzkiego. Przed powołaniem mnie na to stanowisko, poprosił mnie o rozmowę ówczesny wicepremier Pawlak.

Powstała uchwała zarządu wojewódzkiego, która w sposób jednogłośny rekomendowała moją osobę na funkcję wicewojewody łódzkiego.

Co miało wpływ na jednogłośność i zaproszenie na rozmowę z samym wicepremierem?

Myślę, że rzeczy, które robiłem jako radny powiatowy i jednocześnie jako dyrektor zostały zauważone. Zresztą zawsze starałem się robić dużo ponad to, co przewidywały przeciętne normy. Zostałem zauważony w województwie i w Warszawie.

To chyba duża, odczuwalna zmiana?

Moje życie wywróciło się do górny nogami. Będąc wicewojewodą województwa łódzkiego, niemal w stu procentach, wszystkie weekendy miałem zajęte. Wymagała tego praca i funkcja wicewojewody łódzkiego. Najwięcej uroczystości różnego kalibru i różnego szczebla przypadają właśnie w sobotę i niedzielę.

Wicewojewoda oraz wojewoda mogą wręczać medale np. prezydenckie. A odznaczeń państwowych jest naprawdę dużo i wiele środowisk takowe odznaczenia dostaje.

Co należało do Pana kompetencji na stanowisku wicewojewody łódzkiego?

Zajmowałem się wydziałem infrastruktury. Do tego wydziału należało również rolnictwo. Ponadto wydział spraw obywatelskich i cudzoziemców.

Głośno zrobiło się o Panu, gdy stanął Pan w obronie polskich rolników, walcząc najpierw w Warszawie a później w Brukseli 

Tak, udało mi się dobrze rozpocząć pracę na nowym stanowisku. Jednym z najcięższych problemów z jakim spotkałem się, była sprawa na szczeblu Unii Europejskiej, związana ze swobodnym przemieszczaniem ziemniaków wewnątrz UE. Przemieszczaniem, ponieważ wewnątrz unii nie funkcjonuje pojęcie eksport-import, lecz przemieszczanie.

W 2004 roku, gdy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, musieliśmy wykazać, że ziemniak polski nie jest zarażony bakteriozą. Tzw. "stara unia" bardzo sprytnie to wykorzystała, nakładając na nas rygorystyczne przepisy dotyczące przemieszczania polskich ziemniaków.

W powiatach sadzony jest młody ziemniak, który jest przykrywany folią. Można zauważyć to wiosną, przejeżdżając w sąsiedztwie pól uprawnych - wyglądają jakby stała na nich woda.

Kiedyś - przed zmianą przepisów - było tak, że żeby przemieścić swobodnie na teren pozostałych krajów unii, trzeba było wykopać całego ziemniaka z całego gospodarstwa, przebadać całe wykopalisko, przebadać również całe gospodarstwo włącznie z narzędziami.

I to była utopia! W Polsce mamy wczesnego ziemniaka a także późnego ziemniaka - jesiennego. Bzdurne przepisy mówiły, że dopóki ktoś nie przebadał tego późnego - jesiennego ziemniaka, to nie mógł sprzedać ziemniaka wczesnego.

Powodowało to, że do tego czasu, ten wczesny ziemniak mu zgnił, co z kolei generowało olbrzymie straty i nieopłacalność dla rolników.

Wezwany przez rolników, pojechałem na miejsce, zobaczyłem jaki jest problem. Odbyłem mnóstwo wizyt w Ministerstwie Rolnictwa. Udałem się nawet do Brukseli, ale... opłacało się to.

Przepisy zmieniły się o tyle, że nie bada się teraz wszystkich ziemniaków, tylko jedynie partię. Dla rolników jest to ogromna zmiana na korzyść.

Można powiedzieć, że to Pana zasługa?

Tak, zdecydowanie. Dziś, gdy jadę do Sieradza, każdy wie, kto zmienił przepisy dotyczące ziemniaka. [śmiech]

Sama zmiana przepisów trwała niestety półtora roku. Problem przy tym był jeszcze taki, że "stara unia" napisała protest, który wstrzymał na 4 miesiące zmianę przepisów, do czasu ponownego, dogłębnego zbadania tematu.

A "stara unia" bardzo mocno broni interesów swoich krajów.

Co jeszcze zalicza Pan do swoich sukcesów?

Bez chwili namysłu - wykup gruntów pod S8.

Mieliśmy wtedy sytuację, w której wyceniane były tereny, z których wywłaszczano mieszkańców. Wcen dokonywało czterech rzeczoznawców. Trzech z nich, wyceniało je w przedziale od 16 do 20 zł. A jeden rzeczoznawca wyceniał grunty po niecałe 4 złote.

Powstał ogromny protest ludzi, którym zabierana była ziemia, poprzez wywłaszczanie.

Ludzie z bólem godzili się na oddanie ziemi, bo jak wiadomo my polacy potrafimy przywiązać się do ziemi. W związku z tym, zapłata zgodnie z konstytucją, powinna być odpowiednia.

Problem dotyczył kilku tysięcy gospodarstw, gdzie została przedstawiona niekorzystna wycena. W rozwiązanu sprawy z pewnością pomogło mi wówczas też to, że mam dwie licencje zawodowe - licencję pośrednika w obrocie nieruchomościami i licencję zarządcy nieruchomości.

Wiedziałem w jaki sposób należało działać i jakimi ścieżkami iść, żeby sprawdzić, czy te wyceny są rzetelne. Okazało się, że komisja przy ministerstwie infrastruktury oceniła, że rzeczoznawca zastosował nieprawidłowe ceny gruntu. W konsekwencji, trzeba było zmienić kilka tysięcy wycen na korzyść rolników.

Myślę, że to niewątpliwie mogę zaliczyć do swoich dużych sukcesów. "Zachodu" przy tym było mnóstwo.

Takie działanie musiało spotkać się z dużym zdumieniem wywłaszczanych mieszkańców. Otrzymali przez to dużo większe pieniądze za swoje ziemie...

Oj tak. Dla mnie samego była to niesamowita satysfakcja.

Pamiętam, że gdy budowano S8 na wschodzie Polski, dzwonili do mnie znajomi z innego urzędu wojewódzkiego i pytali "Paweł, jak ty to zrobiłeś?"

Podpowiadałem, jak to zrobić, aby ludzie nie czuli się oszukani i otrzymali godną zapłatę za swoją ziemie, która poszła pod drogi szybkiego ruchu.


W takim razie, jak Paweł Bejda trafił na stanowisko wicemarszałka województwa łódzkiego?

W 2014 roku wystartowałem do sejmiku województwa łódzkiego. Spośród wszystkich kandydatów - ze wszystkich ugrupowań i partii, zdobyłem największą liczbę głosów.

Kolejny raz dało mi to olbrzymią satysfakcję. Jest u mnie taka ciągła potrzeba sprawdzenia, weryfikacji swojej osoby - jak odbiera mnie otoczenie, czy ludzie mają do mnie zaufanie, czy sprawdziłem się na danym stanowisku.

Po drugie Urząd Marszałkowski ma dużo większe możliwości pomocy gminom. To przez Urząd Marszałkowski przechodzą środki unijne.

Z jakimi zadaniami - w Urzędzie Marszałkowskim - spotyka się Pan?

Podlega pode mnie wydział infrastruktury, WORDy w całym województwie łódzkim, a także drogi wojewódzkie.

Obecnie czynnie uczestniczę w planowaniu i budżetowaniu pieniędzy w latach 2015 -2020.

W Urzędzie Marszałkowskim nie podlega pode mnie rolnictwo, choć mimo to, zajmuję się również tymi tematami. Ostatnio odbyło się kolejne spotkanie Izb Rolniczych, na które jestem zapraszany. I nie mam podejścia - nie pojadę, bo rolnictwem w Urzędzie Marszałkowskim nie zajmuję się.

Rolnictwo interesuje mnie z dwóch powodów. Po pierwsze uważam, że bezpieczeństwo Polski, to w dużej mierze bezpieczeństwo żywnościowe. Po drugie, należę do PSL, które generalnie interesuje się rolnictwem. Poza tym mentalnie jestem związany z Polską wsią.

Wydziałem, który podlega również pode mnie jest cały departament cyfryzacji. Pracujemy nad tym, aby spiąć wszystkie szpitale wojewódzkie systemami informatycznymi - aby można było przesyłać błyskawicznie informacje dotyczące badań, prześwietleń, rezonansów. To cały czas dzieje się, toczy się dynamicznie.

Już za chwilę, będziemy otwierali konkurs dotyczący cyfryzacji szkół, na co również przeznaczone są środki unijne.

W mojej pracy są również działania, których nie widać gołym okiem, jak na przykład sprawowanie pieczy nad całym departamentem geodezji, w którym powstaje dokumentacja na budowę dróg.

Co jest według Pana kluczowe w uzyskiwaniu takich wyników w wyborach? Gdzie tkwi sekret?

Sekretem nie nazwałbym tego. Po prostu dla mnie najważniejsze jest spotykanie się z ludźmi.

Proszę sobie wyobrazić - wchodzę na salę, w której jest ponad tysiąc osób. Wszyscy zachowują się bardzo emocjonalnie. Wchodzę, słucham uważnie zebranych. Otwierają mi się oczy i mówię "Słuchajcie, ja was rozumiem. Jestem z wami i wspólnie rozwiążemy ten problem".

Padają brawa i zdumienie, że nie przyjechał facet udowadniać im, że nie mają racji, tylko przyjechał gość, który mówi, że "macie rację, to trzeba zmienić, to jest granda".

Jadę do Warszawy, a główny inspektor ochrony roślin mówi mi "przez dziesięć lat nikt nie dotykał tego problemu". Odpowiadam jedynie "Przyszedł najwyższy na to czas, żeby dotknąć ten problem i zmienić te przepisy".

To wymaga sporej odwagi w działaniu...

Nigdy nie miałem lęków, żeby rozmawiać czy to w Warszawie, czy to w Brukseli. Jeżeli jestem umocowany, to działam. A obecnie jestem bardzo umocowany z uwagi na pełnioną przeze mnie funkcję - dużo bardziej nawet niż jako wicewojewoda.

Wojewodę i wicewojewodę powołuje i odwołuje premier, bez podania żadnej przyczyny.

W przypadku stanowiska wicemarszałka, jestem z wyboru bezpośredniego. Mam mandat społeczny. Więc tym bardziej mogę pojechać do Warszawy do ministerstwa i im napyskować [śmiech].

Opowiada Pan o swoich sukcesach, natomiast w Łęczycy słyszy się głosy, że jako wicemarszałek, przez roczną kadencję, niewiele zrobił Pan dla naszego regionu

Jest to nieprawda. Zawsze byłem i jestem otwarty na pomoc samorządom. Wszystko zależy od tego, czy ktoś prośbę o pomoc zasygnalizował.

Proszę pamiętać, że to w interesie gminy jest to, aby zabiegać o inwestycje w swoim regionie. Są przedstawiciele samorządów, w przypadku których nie mam tygodnia bez ich wizyty. I to przynosi efekt.

Jeśli jest stała współpraca i są na to możliwości, zawsze taki samorządowiec otrzymuje ode mnie pomoc. Generalnie jako urząd nie wtrącamy się w układanie potrzeb gmin czy powiatów.

My to jedynie wspieramy i pomagamy pozyskiwać pieniądze. Wskazujemy, gdzie te środki są - a tych środków było wiele i w najbliższym rozdaniu będzie ich jeszcze więcej.

Pod koniec tego roku i w przyszłym będzie można otrzymać nawet 100% finansowania, czego do tej pory nie było.

Jakie szanse widzi Pan przed Łęczycą i powiatem łęczyckim? Jak możemy wykorzystać środki unijne?

Duże środki pojawiają się na drogi lokalne oraz w mieście. Ponadto wsparciem finansowym będą cieszyły się renowacje zabytków - miejskich, prywatnych a także kościelnych.

Z pewnością realną szansą jest budowa obwodnicy. Po ostatnim spotkaniu wiemy, że jest to niezbędne. 

Okres, w którym ten temat nabrał rozpędu zbiegł się niestety z wyborami i może zostało to niewłaściwie odebrane. Chciałbym jednak przypomnieć, że akurat w tym okresie zostałem zaproszony. Przyjechałem w odpowiedzi na pismo, które zostało podpisane przez wszystkich samorządowców - w gminie, mieście i powiecie.

Powodzenie tego projektu, podobnie jak i wielu innych, zależy od tego, czy wyjdzie z samorządów inicjatywa, koncepcja, chęć działania. W Urzędzie Marszałkowskim preferujemy zgodę w działaniu. Jeśli przychodzą do nas samorządy z projektem i są zgodni, mają bardzo duże szanse na realizację projektu przy udziale zewnętrznych środków.

I ja przez cały czas starałem się dobre idee wspierać i realizować.

W przypadku regionu Łęczycy, podobną szansą jest Tum.
Prawdą jest, że trzeba włożyć w to ogromne pieniądze, lecz należy na ten temat rozmawiać i poczynić pewne kroki we właściwym kierunku. To może być drugi Biskupin w Polsce, ale trzeba przede wszystkim działać.

Ta idea cieszy się moim dużym poparciem.

A jest szansa na stworzenie drugiego Uniejowa w Łęczycy?

Są na tego typu działania środki. Dokąd one pójdą, czas pokaże. Wszystko zależy od determinacji lokalnych władz. Niektóre rzeczy trzeba po prostu "wyjeździć".

Jakie przełożenie będzie miała Pana ewentualna funkcja posła w polskim parlamencie? Mieszkańcy pytają o to często - obecnie mają Pana "bliżej siebie" i obawiają się, że zapomni Pan o regionie

Wielokrotnie powtarzam - jestem stąd i nie wyobrażam sobie, abym choć na chwilę przestał wspierać region, z którego wywodzę się i w którym tak wiele mieszkańców obdarzyło mnie zaufaniem.

Osoby, które znają mnie bliżej, dobrze wiedzą, że jak już coś robię, robię to nie na 100%, tylko na 200%.

Dałem tego dowód wielokrotnie, startując do rady miasta, później do rady powiatu, dalej do sejmiku wojewódzkiego, gdzie wygenerowałem najlepszy wynik ze wszystkich kandydatów. To o czymś świadczy.

Mieszkańcy doceniają, że nie pojawiam się na miesiąc przez wyborami, zabiegając o głosy. Ja tak naprawdę zabiegam o te głosy rozpoczynając swoją kadencję.

Będę chciał dalej zasługiwać na głosy. W dalszym ciągu będę dbał o dobre kontakty z mieszkańcami. Jako poseł, będę miał z kolei większe możliwości, aby pomóc, interweniować i wspierać samorządy. Mandat poselski otwiera więcej drzwi.

Nie obawia się Pan ewentualnej kolejnej zmiany - przewrotu w życiu?

Mam wieloletnie doświadczenie, w różnych instytucjach i zdobyłem wiedzę jak się poruszać. Wiem, ze jeśli nie sprawdzę się jako poseł, to to, na co pracowałem wiele lat, pójdzie na marne, zniszczę sobie w pewnym sensie reputację.

Chcę wciąż mieć dobry kontakt z mieszkańcami. Zamierzam otworzyć biura w Łowiczu, Zgierzu, Kutnie i Łęczycy.

Osoby, które znają mnie, wiedzą, że praca z mojej strony to nie tylko wybory. Jestem stąd. Wiem dobrze, że ewentualnie moja praca zostanie oceniona za cztery lata. Nie wyobrażam sobie, aby po tylu latach zwiększającego się zaufania względem mojej osoby, nagle dojść do stanowiska posła i zawieść tych, którzy na mnie zagłosowali.

Niezależnie od wyniku - czy będę posłem, czy dalej wicemarszałkiem województwa, chciałbym spotkać się z Panem za pół roku, lub rok i porozmawiać na temat tego, co udało się zrobić. A udowodnię, że udało się naprawdę wiele.



Ostatnio zmieniany: piątek, 23 października 2015 02:13